- Kiedy? W listopadzie 2018
- Z kim? Sama
Do Kathmandu przyjeżdżałam trzy razy. Za pierwszym chciałam uciec natychmiast, przy drugim zaczęłam się oswajać, trzecia wizyta pozwoliła mi polubić to miasto.
Tym razem zatrzymałam się w Boudhha, dzielnicy buddystów, którzy pielgrzymują do ogromnej, lśniąco-białej stupy znajdującej się na centralnym placu. Tu na ulicy spotyka się mnichów i mniszki, a w zakamarkach kryją się buddyjskie klasztory i świątynie.

Dzień 22
Boudhha to takie miejsce, gdzie na ulicach spotkać można Tybetańczyków, a w knajpkach serwują tybetańskie jedzenie.
Przyjechałam wczoraj do Kathmandu i udało mi się dostać na jedną noc pokój w pensjonacie przy klasztorze Schechen, z pokoju miałam widok na ogród, po którym przechadzali się mnisi, było przyjemnie, cicho i spokojnie.

Niestety, musiałam się przenieść, ale zostałam w Boudhha.

Bardzo mi się podoba ta dzielnica. Na ulicach spotkać można Tybetańczyków, w knajpkach serwują tybetańskie jedzenie, wszędzie są klasztory i świątynie, z których dochodzą dźwięki grających i śpiewających mnichów. I mają tu pyszny lokalny przysmak — laphing. To makaron z seitanem w sosie sojowym, z ostrymi przyprawami, który je się pałeczkami i który przypomina w kształcie sushi.

Po przenosinach poszłam spacerem do Pasupatinath — najważniejszej hinduistycznej świątyni w Nepalu. Niewierni nie mogą wejść do środka, mogą jedynie przechadzać się po ogromnym kompleksie nad rzeką Bagmati, gdzie dokonuje się kremacji zwłok. Spotkałam się tam z parą Hiszpanów, których poznałam w drodze z Bandipur.



Potem pojechaliśmy do Swayambunath, świątyni małp, świętego miejsca Newarów, zamieszkujących Dolinę Kathmandu i wyznających buddyzm.





A stamtąd autobusem wróciłam do Boudhha. Korki były straszne! Chciałam wysiąść i przejść ostatni kilometr, ale wystraszyłam się tłumu i ścisku na chodnikach. Po drodze z przystanku weszłam do Get togehter na thukpę, gęstą warzywną zupę z makaronem — kolejny, tybetański przysmak.
Dzień 23

Durbar Square jest bardzo piękny, ale mi najbardziej podobały się wąskie uliczki z podwórkami i tajemniczymi zakamarkami.
Musiałam dziś przedłużyć wizę i dzięki temu trafiłam do zupełnie innego Kathmandu. To chyba uniwersytecko-rządowa część stolicy Nepalu. Po drodze minęłam ośrodek teatralny, przypominający podobne miejsca na całym świecie. Zapragnęłam zobaczyć alternatywny teatr z Nepalu! Niestety, ośrodek był nieczynny.
Udało mi się za to spróbować słodyczy, na które od dawna miałam ochotę, w tym sel roti, który jest czymś na kształt naszego pączka, tyle że z mąki ryżowej. Do tego zamówiłem oczywiście herbatę z mlekiem. Pycha!
A potem spacerem poszłam na Patan. Z mapy wynikało, że po drodze minę dwie rzeki. Wyobrażam sobie zawsze rzeki jako przyjemny element miejskiego krajobrazu, który przynosi ochłodę w słoneczne dni, takie miejsce, gdzie można usiąść i odpocząć. Tymczasem rzeki, które minęłam były pełne odpadków, brudne i zapuszczone, jakby zapomniane przez wszystkich. Część z tych śmieci to pewnie efekt pobytu tysięcy turystów w tym mieście. Przypomniało mi się, że w jednej z książek o Wandzie Rutkowskiej czytałam o jej pomyśle posprzątania śmieci ze stoków Mount Everest. Podobno w Himalajach wspinacze i piechurzy zostawiają ich rocznie kilkadziesiąt ton.
A sam Patan? Durbar Square jest bardzo piękny, ale mi najbardziej podobały się wąskie uliczki z podwórkami i tajemniczymi zakamarkami.




No i miałam się dziś spotkać z koleżanką Agaty, która też ma na imię Agata, a w Kathmandu mieszka od dłuższego czasu. Umówiłyśmy się w jednej z lokalnych kawiarni w stylu europejskim, gdzie młodzi Nepalczycy popijają latte schowani za ekranami Mac’ów. Nie udało nam się spotkać, ale fajnie było zobaczyć inne oblicze tego kraju.



Do Boudhhy wróciłam kilkoma autobusami i znów trafiłam na godziny szczytu. W małym vanie, z pojemnością na 6 osób, zmieściło się nas 16, w tym dwie duże Europejki — ja i pewna Szkotka.
A na kolację poszłam do Khawa Karpo Tasty — dają tam najlepsze chowmein w Nepalu! Po drodze mija się fabryczki makaronu, gdzie z żelaznych prętów zwisają pysznie wyglądające nitki, z których później korzystają kucharki i kucharze w całej Boudhha.
Dzień 24
W klasztorze są teraz same maluchy, niektórzy chłopcy mają może trzy lata, starsi, w zastępstwie za nieobecnych rodziców, opiekują się nimi jak mogą.
Dziś wstałam o 7.00 i ruszyłam w stronę Namobouddha. Chciałam dotrzeć do buddyjskiego klasztoru Thrangu Tashi Yangtse, o którym opowiadali mi Ewa i Marian, dlatego najpierw złapałam lokalny autobus do Radna Park, potem kolejnym dojechałam do Banepa, a ostatni dowiózł mnie do Panauti. Odtąd już szłam pieszo.

W starej części Panauti jest hinduska świątynia. Gdy obok niej przechodziłam grupa mężczyzn przygotowywała właśnie stos na pogrzeb, trochę dalej, na dziedzińcu, inni mężczyźni grali w karty.

Potem zaczęły się wioski. Wszystkie sielsko położone i wszystkie ubogie. Piękna, stara zabudowa niszczeje powoli z czasem, mężczyźni zbierają siano z pól, a na progach domów kobiety przesiewają ryż. Dzieciaki w tym czasie są w szkole — gdy mijałam jedną z nich zaciekawiane podbiegły do okien.




Po kilku godzinach marszu dotarłam do klasztoru i zameldowałam się w guesthousie. Mieszkam z Bintią, Portugalką z Madery. Bintia opowiedziała, że po drodze została zaproszona na herbatę do jednego z domu. Gospodyni zdradziła jej, że kilka lat wcześniej para Portugalczyków pojawiła się znikąd i pomogła im odbudować dom po trzęsieniu ziemi, a jakiś czas później dziewczyna z chłopakiem wrócili, żeby wziąć u nich ślub.

W klasztorze są teraz same maluchy, niektórzy chłopcy mają może trzy lata, starsi, w zastępstwie za nieobecnych rodziców, opiekują się nimi jak mogą. Podobno rodziny mieszkające w ubogich, himalajskich wioskach, których nie stać na utrzymanie, często oddają synów do klasztorów — tu maluchy dostają nie tylko miejsce do spania i jedzenie, ale również edukację.
O 15.30 poszłam na pierwszą ceremonię — są otwarte dla ludzi z zewnątrz. Słychać było dźwięki trąbek i bębenków zmieszanych z mnisim śpiewem i przerywanych uderzeniem w gong. Jeden maluch nachylił się do ucha drugiego. Chyba szepnął coś zabawnego, bo kolega się roześmiał. Inny chłopiec recytował święte wersy, jednocześnie szturchając tego siedzącego obok. Na koniec wszyscy dostali herbatę z mlekiem i ciasteczka. My, obserwujący, również. Kilka godzin później, na wspólnej sali odbył się pierwszy wspólny posiłek.
Byliśmy oddzieleni od mnichów, nie powinniśmy z nimi rozmawiać, zaczepiać ich, a już na pewno robić im zdjęć. W trakcie, gdy kilku starszych chłopców roznosiło jedzenie, pozostali głośno śpiewali. Gdy przestali, mogliśmy zacząć jeść.
Po kolacji poszłam zobaczyć zachód słońca. Na zdjęciach klasztor zazwyczaj występuje na tle Himalajów, ale gór nadal nie widać, zasłaniają je chmury i mgła, a może to po prostu smog z Kathmandu?

Dzień 25
Dziś zaczynają się obchody pełni księżyca i na ulicach jest tłum ludzi.
Wstałam na poranną ceremonię. Na śniadanie serwowano przypominające nasze pyzy drożdżowe t-momo z ryżem, polane sosem z ziemniaków i cieciorki oraz tybetańską soloną herbatę z dodatkiem mleka i masła. Brzmi dziwnie ale smakuje znakomicie!
Miałam trochę czasu do kolejnej ceremonii, więc zeszłam na chwilę do miasteczka. Dziś zaczynają się obchody pełni księżyca i na ulicach jest tłum ludzi. Miasteczko wygląda zupełnie inaczej niż wczoraj. Po pobycie w klasztorze trudno było mi się tam odnaleźć, więc poszłam w stronę wzgórza znajdującego się za grotą Buddy oddającego swoje ciało tygrysicy i jej dzieciom, a potem zeszłam ścieżką prowadzącą w sielską dolinę z widokiem na niewysokie góry i pola ryżowe. Wróciłam w samą porę.

Dzień 26
Podobno kiedyś Himalaje można było podziwiać codziennie, dziś, ze względu na zanieczyszczenie powietrza, to bardzo rzadki widok. Można stwierdzić, że miałam niewiarygodne szczęście.
Obudziłam się wcześnie rano, wzięłam udział w porannej ceremonii, zjadłam ostatnie śniadanie z mnichami i poszłam piechotą do Dhulikel. I niespodzianka — widziałam Himalaje!

Podobno kiedyś był to normalny widok, ale zanieczyszczenie powietrza jest w dolinie Kathmandu tak duże, że można powiedzieć, że miałam niewiarygodne szczęście. W Dhulikel zatrzymałam się w Shiva guesthouse, a całe popołudnie spędziłam na dachu domu popijając herbatę z mlekiem i patrząc na góry w oddali.

Dzień 27
Wróciłam do Kathmandu. Na ostatnie dwa dni przeniosłam się do Dondrub Guest House. To pensjonat przy żeńskim klasztorze, którym zarządza Polak — Jacek. Jest bardzo wygodnie, a śniadania są obłędne!
Niestety, czas powoli się żegnać z Nepalem. Wkrótce wracam do domu.
Polecane książki:
- „Tam”, Natasza Goerke, Wydawnictwo Czarne
Przeczytaj również:
